Któż nie pamięta sceny przy fortepianie z filmu „C.K. Dezerterzy” Janusza Majewskiego? Któż wraz z Józefem Szwejkiem nie udał się na łazęgę po sanockich burdelach w poszukiwaniu podporucznika Duba? Takie rzeczy nie uchodzą uwadze. Dziś „momenty” w kinie, teatrze czy literaturze na nikim nie robią większego wrażenia, tym bardziej jeśli dzieła są osadzone we współczesności. O czym myślimy, gdy zestawiamy pojęcia „erotyzm/erotyka” i „początek XX wieku”? Pruderia? Przyzwoitka? Barchany? Ludzie „tego” nie robili, a już na pewno nie dla przyjemności? Że o domach publicznych pisał tylko degenerat Hašek?

Po części racja. Gdy w ostatnich miesiącach wertowałem powieści i pamiętniki napisane przez polskich żołnierzy armii austro-węgierskiej, nawet z tych najobszerniejszych niewiele mogłem się dowiedzieć o seksualności ówczesnego żołnierza. Potrzeby mieć musiał, ale czy je zaspokajał? Zastanawiałem się też, czy żołnierze jakieś doświadczenia mieli, a z różnych względów nie zdecydowali się o nich napisać?

Oczywiście nie był to mój podstawowy cel poszukiwań. To pytanie postawiłem sobie dopiero wtedy, kiedy w którejś z rzędu lekturze pojawił się wątek erotyczny. Wątek nie dość, że pikantny sam w sobie, to tym smaczniejszy, im rzadszy. Sporadycznie, ale jednak zdarzają się opisy miłostek i wielkich miłości oraz pieprzne opisy stosunków seksualnych. Opisy, a nie urwana narracja – czyli zbycie czytelnika i pozostawienie wszystkiego domysłom i wyobraźni.

Mam nadzieję, że z czasem uda się poszerzyć kolekcję pieprznych cytatów. Tymczasem poniżej fragmenty z bardzo mało popularnych dzieł – powieści Józefa Bieniasza oraz wspomnień spisanych przez Stanisława Reychana i Kornela Krzeczunowicza.

* * *

Józef Bieniasz w powieści „Narodziny bestii” (mającej cechy powieści autobiograficznej) skupia się na destrukcyjnym wpływie wojny na człowieka. Kiedy jednak bohater trafił do szpitala na zapleczu frontu włoskiego, poznał tam troskliwą pielęgniarkę, niejaką Betty Brauneis. W niej „kochało się pół sali, zdrowi i kompletne kryple, starzy i młodzi”1. Nieco później także: „W jaki sposób została Betty moją kochanką – nie umiałbym powiedzieć”2. Spotykał ją później we Wiedniu, gdzie przebywał jako rekonwalescent. Miłość kwitła.

„Przytuleni do siebie na miękkiej, pluszowej kanapce, spędzaliśmy długie, zimowe wieczory jak sen czarowny. Godziny upływały szybko. Dopiero była szósta, a już siódma, ósma, dziesiąta – i trzeba było odejść. Ciotka Greta nie przeszkadzała, zajęta pilnemi robotami w swoim pokoju. Gdy miała wejść, dawało się słyszeć głośne szuranie krzesłami, co normalnie nie leżało w zwyczaju ciotki, powłóczenie nogami i pokaszliwanie A dobrze robiła, bo soczyste usta Betty były tak kuszące, że je miażdżyłem godzinami, nigdy pocałunków niesyty, aż usta pęczniały i nabrzmiewały jak dwa cudowne, wilgotne, dopiero co z wody wyjęte korale. Dziewczyna gorzała. Była tak oszałamiająco piękna, że w głowie się mąciło, serce buło jak potężny młot, tchu brakowało. Pod cienką, jedwabną bluzką prężyły się pełne, bujne piersi i bił od nich taki żar, że przytulony do nich w miłosnej ekstazie – dygotałem jak liść osiki i drżały we mnie wszystkie, naciągnięte jak struny nerwy. Całowałem, pieściłem – kładłem rozpaloną głowę na jej piersi, a we mnie huczały potężne, płomienne hymny życia i miłości, jedyne radości, jakie człowiekowi dano”3.

Bardzo ważny moment w związku tej pary nastąpił, gdy ciotka, u której mieszkała Betty, wyjechała do krewnych na prowincję.

„Betty przeczuwała tę decydującą chwilę, gdy tylko wszedłem. Wtulona w kanapę, drżała jak spłoszone ptaszę z przerażenia i oczekiwania na coś, czego była pewna, a sił nie miała, żeby mnie za drzwi precz wyrzucić. – Posiadłem ją uległą, bezradną jak dziecię, roztrzęsioną od nadmiaru namiętności i tak ślepo, niewolniczo we mnie wpatrzoną, że tylko pieszczotą i kochaniem mogłem się nadziękować za tyle przeogromnego uczucia. Śmieszne słowa-szepty, słowa-przysięgi, słowa-zapewnienie mąciły tylko cudowny hejnał miłości, akt zespolenia się dwóch wielkich tęsknot, dwóch żywotnych sił, nawet najlichszemu stworzeniu przyrodzonych. Triumfowało mocarne życie, urągając wszelkim ludzkim chytrością, które i z tego robiły materjalne zasadzki i kombinacje. Koiła się wezbrana tęsknota, płonąc niepokalanie czystym ogniem miłości. Święcił triumfy przepotężny akt natury, z którego tylko ohydny człowiek zrobił bezeceństwo i bezecne rzemiosło. Zestrzeliła się czysta miłość, daleka od obłudy i matematycznych rachub… Miłość ta była piękna i po nasyceniu szlachetna nawet bez szat… – Leżeliśmy obok siebie, radośnie zdziwieni, że co się stało – dobrze się stało i że mniemasz w tem grzechu, gdzie jest tak wielkie jak nasze kochanie. A Betty szeptała cichutko: – Bebe! Sag mir, ob alle Polen so lieben, wie du? [Bebe! Powiedz mi, czy wszyscy Polacy kochają tak jak ty?]…”4.

Niedługo potem doszło do zaręczyn. Parze nie dane było jednak się pobrać – Betty zmarła wkrótce na tyfus plamisty. Właśnie taką tragedią skończył się jedyny radosny epizod na kartach tej gorzkiej, smutnej, antywojennej powieści.

* * *

Stanisław Reychan wstąpił do wojska austro-węgierskiego w maju 1915 roku. Służbę rozpoczął od szkoły oficerów rezerwy 14. Pułku Haubic Polowych. Jednakże zanim jeszcze trafił na front, zachorował na gruźlicę i pojechał do uzdrowiska w Grimmenstein. Niewątpliwie cieszył się tam powodzeniem wśród pensjonariuszek. Sam o sobie pisał: „[…] ja, duży tłustawy brunet, z ciemnymi zrośniętymi brwiami po matce, nieporadny i nieśmiały”5. Nie było jednak po nim widać choroby i toczył bujne życie.

„Nawet jednej nocy nie spałem na Tronstrasse [koszary zamienione w szpital dla gruźlików], ale za to poznałem tam dwu młodych ludzi, których specjalnością było bywanie w jednej z kawiarń na Rotenturmstrasse, dokąd zaglądały starsze panie, chętnie wynajmujące usługi młodych i silnych mężczyzn. Gruźlicy wprawdzie nie silni, ale gorliwi w miłości”6.

A co pisał o spotkanych tam kobietach?

„Przez cały okres od dnia poboru mogłem śpiewać: «Nie masz niewiast w naszej chacie». Były, niewątpliwie, i dużo ich wszędzie, ale z daleka i jakby w jakiejś mgle. W
Grimmstein inaczej: bab bez liku, od młodziutkich do podstarnich. Warunki prawie jak w eleganckim hotelu, bezustanne spotykanie się, a więc rozmowy, przyjaźnie, flirty. Byłem bardzo młody, w eleganckim mundurze, zewnętrznie nie zdradzający męczącej mnie choroby. Polacy zawsze i wszędzie otoczeni – czemu? – aureolą Don Juanów, a więc «der junge nette Pole» [Ten młody, miły Polak].

Było kilka dojrzałych pań, których dobrotliwe oko spoczęło na mojej osobie. Niestety, do zarania mej świadomości płciowej kobieta choćby tylko o kilka lat starsza ode mnie stawała się matroną w mojej wyobraźni i już chyba bardzo agresywne zabiegi takiej «Putyfary» mogłyby wywołać jakiś skutek. Ale takich agresywnych nie ma znów tak wiele, a poza tym mogą działać w bardzo korzystnych warunkach. Więc nie wyszło, a nawet były obrazy i gniewy.

Natomiast była, wprawdzie też starsza ode mnie, ale bardzo młoda i powabna Węgierka, śpiewaczka kabaretowa z Budapesztu, Solti Rozsi. Ta czarna Różyczka, o szatańskim temperamencie i wesołości, zupełnie nie pasowała do trochę cmentarnej powagi sanatorium i odbijała ostro od reszty otoczenia. Gdy po pewnym czasie, oswojony trochę z niesamowitą atmosferą, zacząłem rozróżniać poszczególne twarze we mgle nowych towarzyszy, osoba Rozsi stała się wnet bardzo wyraźna. Szybko przypadliśmy sobie do gustu i zaczął się flirt na dobre.

[…]

Ojciec musiał przysyłać z Wiednia drewniane pudełka budapeszteńskich czekoladek Kugler-Gerbeaud, bardzo trudnych wówczas do zdobycia, i domyślając się, o co chodzi, dobrodusznie dawał w listach rady koleżeńskie.

Zdobyłem się na koniec na czyn bohaterski: znalazłem się w nocy w jej pokoju. Bardzo ładnie wyglądała w łóżku – kobiety zwykle ładnie wyglądają w łóżku. Nie była bardzo zdziwiona moim przybyciem. Nie spała jeszcze i w pokoju było światło. Impet zuchwałego przedsięwzięcia minął, zaczęły się perswazje i pertraktacje. Oboje z rosnącym przerażeniem rozpoznawaliśmy niebezpieczeństwo sytuacji. Napastnik wycofał się cicho i bez strat. Przyjaźń nie ucierpiała, ale flirt się skończył, gdy gorące zapały oblano zimnym rozsądkiem. Rozsi wyjechała wnet do Budapesztu na urlop i wróciła dopiero pod koniec mego pobytu w sanatorium”7.

Po skończonej kuracji wrócił do jednostki, a następnie został przeniesiony do baterii dział przeciwlotniczych numer 3 (Luftfahrzeugabwehrkanonenbatterie) w Bozen (obecnie Bolzano). W rozdziale „Słoneczny front” opisał, jak wojsko zatroszczyło się o potrzeby seksualne żołnierzy:

„Bozen było w tak zwanej bliższej strefie wojennej: lokale pełne urlopowiczów z pobliskich odcinków frontowych zamykano o dziesiątej czy jedenastej. Potem zostawała tylko restauracja dworcowa, otwarta całą noc, no i ten burdel.

Wojsko austriackie uważało, że naturalne potrzeby płciowe należy wedle możliwości zaspokoić. Stąd istniała instytucja oficjalnych wojskowych domów publicznych, podzielonych skrzętnie na oficerskie i żołnierskie. Były pod ścisłą kontrolą lekarską, co przy licznej frekwencji stanowiło zabezpieczenie zupełnie iluzoryczne. Komendantami byli starzy emerytowani oficerowie: zadowoleni, że mają funkcję, skrzętnie jednak ukrywali swoje dowództwo, mając naturalnie «mamusie» do samego zarządu. Bozeński instytut mieścił się w samotnej willi niedaleko dworca. Obok był skromniejszy domek, przed którym w nocy długi ogonek szeregowych dokładnie pokazywał cel jego istnienia. Na parterze był salon, oświetlony jasno, jednak z fotelami, stolikami i pianolą, rzępolącą prawie zawsze walc Lannera Schönbrunner. Można było dostać czarną kawę. Napoje alkoholowe były zakazane, zresztą większość gości już była pod dobrą datą. Stali bywalcy mogli dostać po kryjomu do kawy rum lub koniak, a na pokój szampan; ale na to trzeba było być w wielkich łaskach u «mamusi».

Panienki były zawsze wszystkie młode i niebrzydkie, choć nie wszystkie wykwintne. Rysunki Toulouse-Lautreca zupełnie nie ilustrowałyby tego domu: nie było w nim nic tak zimnego i zwierzęcego. Działo się to w Austrii, atmosfera musiała być austriacka. Było raczej gemütlich8.

Jeśli nie w burdelu, to jak?

„Właściwie najmilsze były spotkania z różnymi przygodnymi kolegami, no i panny. Panien było dość, ale amantów jeszcze więcej, i to wygłodniałych płci pięknej, tak pod względem towarzyskim, jak i innym. Rapatz bardzo zakochał się w ślicznej wysokiej blondynce, córce jakiegoś lokalnego honoracjora, czy nawet burmistrza, nazwiskiem Perathoner. W tych mieszczańskich kołach formalistyka była jeszcze bardzo surowa, więc biedny Rapatz nie miałby wiele okazji zobaczenia swego ideału na osobności, gdyby nie ciotka wybranki, strasznie miła stara panna, która z wielką skwapliwością ułatwiała im spotkania”9.

Te wątki Reychan rozwija dalej:

„Panny dzieliły się na różne kategorie: od takich, co niedostępne – z tatusiem, mamą i ciotkami – nadające się do salonowych wizyt, przez bardziej samodzielne, do łatwych, nie mówiąc o mieszkankach samotnego domku. Rapatz, jak mówiłem, miał salonowy flirt i był bardzo zakochany. Ja flirtowałem bardziej aktywnie z przemiłą córeczką jednego z hotelarzy, który o swoje dwie córki nie miał czasu się troszczyć. Podobno i ona, i jej siostra miały marną reputację. Mnie to nie szkodziło. Do podobnej kategorii należała Rosie, pulchna Tyroleczka zarządzająca rodzinnym hotelikiem pod wojenną nieobecność ojca czy brata. Do niej się gwałtownie zalecał kolega i krajan Rapatza, Karyntyczyk stacjonowany w Bozen. Flirt się tak przedłużał na skutek jej oporu, że adorator był przekonany o jej dziewictwie. Gdy po długim oblężeniu znalazł się wreszcie w sypialni Rosie, z niewinnym uśmiechem spytała go swoim silnym tyrolskim dialektem, czy ma przy sobie prezerwatywy. Czar prysł: coś z tą niewinnością nie było w porządku”10.

Jeszcze jedna „przygoda” miłosna przytrafiła mu się w Wiedniu. I choć nie miała dużego związku z wojskiem, warto przytoczyć cytat będący poniekąd ukoronowaniem serii…

„Raz wróciłem niespodziewanie do domu i Ewa mi mówi, że ojciec maluje i ma w swoim pokoju modelkę. Modelką była Mitzi, córka portiera w domu na Singertrasse, gdzieśmy mieszkali na początku pobytu w Wiedniu. Wyrosła na śliczną ciemną brunetkę i pięknej białej karnacji. Ojciec okiem starego znawcy poznał jej zalety i namówił, by pozowała do aktu. Nie było to zbyt trudne: nie była to dziewczyna o jakichś niezłomnych zasadach, lecz wesoła, pełna życia i neutralności wiedenka.

Ojciec zaraz wybiegł z pokoju, gdy usłyszał, że jestem, i wziął mnie do siebie, nie zwracając uwagi na nagą Mitzi, która pozowała leżąc na łóżku – dla malarza to jest rzecz zwykła. Mitzi też nie zareagowała. Siadłem grzecznie na krawędzi łóżka, ojciec wziął paletę i dalej malował: bardzo lubił przy malowaniu rozmawiać. Po chwili zdjąłem bluzę, bo mi było gorąco. Ojciec zauważył, że jestem bardzo opalony – w Bozen słońca nie brakowało – i spytał, czy na całym ciele równomiernie. Całe życie byłem czcicielem słońca, więc i na naszym pagórku nie próżnowałem. Rzeczywiście byłem bardzo czarny, zdjąłem więc koszulę, by ojcu pokazać. Ojciec patrzy i z podziwem wykrzykuje:

– Cóż za piękny kontrast, bielutkie ciało Mitzi i brązowy chłopak! Kładź się obok niej, zaraz naszkicuję.
Coś bardzo byłem posłuszny i żeby łóżka nie powalać, ściągnąłem buty. Takeśmy chwilę pozowali, rozmawiając grzecznie. Potem mi jakoś spodnie były niewygodne, więc też je zdjąłem. Mimo że bardzo zajęty malowaniem, ojciec zobaczył, co się święci. Powiedział, że musi umyć pędzle w łazience i dyskretnie opuścił pole bitwy. Takiego kochanego ojca-kolegi-przyjaciela z latarką szukać.

Później szczegółowo wypytywał Mitzi, czy się dobrze sprawowałem. Z Mitzi nietrudno się było dobrze sprawować”11.

* * *

Kornel Krzeczunowicz zawędrował na front włoski jako porucznik w krakowskim 1. Pułku Ułanów. Jego bliscy koledzy prześladowali go, że nie jest „mężczyzną zdolnym do małżeństwa”, bo nie wie, „jak to się robi”.

„Znosiłem te przytyki z anielską cierpliwością, rzadko odparowując jakimś dowcipem, ale czułem, że włoska wiosna bardziej niż polskie słowiki mnie rozbraja. Raz, później niż zwykle (po kinie) wracając z Kreislem, widząc pomarańczowo wschodzący w oparach mglistego horyzontu późny księżyc, przy niesamowitych aromatach kwitnących ogrodów, uczułem tę wiosnę wprost we własnych kościach. Niemniej jednak czystko «konsumpcyjne» podejście zawodowych oficerów do kobiet, bez śladu prawdziwej miłości, odczuwałem jako coś degradującego – powiedzmy wyraźniej – zwierzęcego”12.

Umówił się na wypad z kolegą, który „pociesza jakąś samotną żonę kapitana marynarki handlowej, której mąż jest odcięty od niej na czas wojny”13. Przekonywał go:

„Widzisz, nie możesz być trutniem, coś się od ciebie należy społeczeństwu, przecież nie możesz się nawet żenić, jeżeli nie wiesz czy podołasz twoim obowiązkom. Musisz spróbować, czy potrafisz”14.

„Przyznaję, że mnie przekonał, a że wiosenna atmosfera sprzyjała, podjąłem natychmiastowa, szybką, kawaleryjską decyzję. Po drodze do hotelu […] wstąpił Stefan do apteki, mówiąc głośno […] że bierze lekarstwo dla psa (mieliśmy jakiegoś zbłąkanego kundla na kwaterze), po czym wpadliśmy do naszej kawiarni hotelowej na podwieczorek. Wchodząc wręczył mi Stefan część swojego sprawunku i wtedy zauważyłem, że to wcale nie dla psa, lecz raczej jemu i jego przyjaciółce potrzebne – a mnie też zaprasza do działania. Ponieważ ciąż nerwowo oglądał się na drzwi wejściowe, szybko go pożegnałem, «aby mu nie przeszkadzać», i podążyłem w najdalszy koniec pustej sali, gdzie siedziała jakaś podejrzanie samotna, ładnie i młodo wyglądająca osóbka, którą znałem już z widzenia. Nie pomyliłem się. Była może za chuda jak na mój gust, ale sportowy wygląd pań był już wtedy w modzie. Zaproponowałem wspólny podwieczorek i zacząłem rozmawiać. Dowiedziałem się, że nazywa się Mizzi (typowe wiedeńskie imię), ale przez ostatnie lata była gwiazdą filmową w Rzymie – występowała w filmie Quo vadis. Same najlepsze rekomendacje.

Poszliśmy do kina przez nią wybranego. Po drodze bardzo przyjaźnie ukłonił się nam jakiś młodziutki lotnik. Zapytałem grzecznie, czy jej nie przeszkodziłem w rendez-vous. Odpowiedziała, że nie, bo on jest na dłuższym urlopie i niech się oduczy spóźniania. Po kinie zjedliśmy kolację w jakimś zacisznym lokalu, poczym odprowadziłem ją do domu – i zostałem. Podejrzane mi było, że przed przejściem do sypialni kazała mi się podpisać w swoim albumie, ale zobaczywszy tam różne znajome nazwiska, bez wahania się podpisałem, przepisowo podając moją pocztę polową jako jedyny adres (czego inni nie przestrzegali). Pomyślałem sobie, że ona musi być na płacy dwójki austriackiej15 chcącej wiedzieć, co oficerowie wieczorami robią – więc niech sobie wie. Gdy Mizzi się rozebrała, zauważyłem z przerażeniem, że jest dużo chudsza, niż na to wyglądała – no ale nie miałem wyboru – trzeba było brnąć dalej. Wszystko poszło dobrze, zdziwiło mnie tylko niespodziewane, gwałtowne bicie serca. Może to właśnie nazywa się miłością, pomyślałem, i już spałem.

Wyrzuty sumienia uspokajało poczucie, że zdałem trzeci egzamin dojrzałości (za drugi uważałem chrzest ogniowy w dniu 30.7.1915). Mizzi musiała być także zmęczona, bo nie miała żadnej pretensji do mnie, więc chyba zaraz zasnęła. Ale nie na długo”16.

Sen przerwał potężny wybuch. Okazało się później, że spowodował go włoski okręt podwodny, który wystrzelił torpedę w kierunku molo S. Carlo w pobliskiej Zatoce Triesteńskiej. Krzeczunowicz udał się na umówione spotkanie ze Stefanem.

„Odczekałem zaśnięcia Mizzi. Położyłem jej grubszy banknot na stoliku nocnym i cichaczem jak złodziej wyszedłem. […] Moje zmartwienia jednak nie ustały z tą niezwykłą nocą. Teraz moi koledzy znaleźli nowy temat do prześladowania mnie: twierdzili, że muszę mieć nagniotki od kości mojej chudej przyjaciółki. Tę chudość jednym rzutem oka zauważył Stefan i haniebnie mnie zdradził wobec kolegów! Jednak piękny, niezwykle ciepły maj wszystko złagodził”17.

* * *

Tyle udało się odnaleźć do tej pory. Różni ludzie, różne sytuacje, różne motywacje. Od Bieniasza, który kochał, przez Reychana, któremu często się przytrafiała się okazja, po Krzeczunowicza, który musiał zdać swój trzeci egzamin dojrzałości. W tym samym czasie tysiące innych żołnierzy szukały fizycznego zaspokojenia na ulicach, inni udawali się do przybytków, które założyło dla nich wojsko. Ale skoro już o tym mowa, powiedzieć warto jeszcze co nieco o zapobieganiu chorobom wenerycznym. W tym celu jeszcze w czasie pokoju prowadzono kontrole sanitarne popularnie zwane „szwancparadami” (dosłownie paradami kutasów). Bodaj najobszerniejszy i najdosadniejszy opis takowej znajdziemy w skandalizującej powieści Emila Zegadłowicza:

„Zaraz nazajutrz […] wypadła «szwancparada»; – co dwa tygodnie przypadało to na kompanię –; w niedzielę więc; zaraz po nabożeństwie! […] Kontynuacją ambonowych była ta osławiona, trochę dla cywilów, matek, sióstr, kochanek i żon legendarna «szwancparada». Na hofie [dziecińcu] staje cała kadra – w dwu szeregach – szpaler – środkiem pójdzie lekarz w asyście sanitariuszy – ; – już się zaczyna! – habt-acht! – rechts schaut! [Baczność! Na prawo patrz!] – Komenda: ruht! – aufklöpfen! [Spocznij! Rozpiąć!] – Żołnierz jeden, drugi, dziesiąty, setny, wszyscy – rozpinają spodnie i trzymają członek w lewej ręce; żołądź należy odsłonić. Tą falliczną, żałosną aleją przechodzi lekarz, herr regimentsarct lub herr schtabsarct

i]Regimentsarzt i Stabsatrtzt – stopnie lekarzy], wojskowym krokiem; nie bardzo nawet patrzy na defilujące penisy – pyta powietrza: trypra nie ma? Szankra nie ma? Syfa nie ma? – szeregi odpowiadają: nie, nie, nie, nie – Choćby i ktoś miał to czy tamto – po co się przyznawać? Lepiej zataić – może się przydać w stosownej chwili; zresztą niech się choroba rozwinie – wtedy szpital, a szpital to obijaczka, a obijaczka to przedłużenie życia. Pokazał i Cyprjan i też powiedział, ze nie. – Więc nikt? – to dobrze, to bardzo dobrze, zdrowie armii to pół zwycięstwa – tak się zakończyło krótkie, dziarskie, żołnierskie przemówienie pana regimentsarcta – a dalej: żeby mi jeden z drugim na dziewki nie lazł, a jak już to w kondomie – i zaraz się zameldować po szprungu w marodcymrze [po skoku w izbie chorych], Sanitet [sanitariusz] ci kut… przeszprycuje i gut; a jak co złapiesz, skur…, i cetla od saniteta [karteczki od sanitariusza] nie będziesz miał, żeś Se dał przeszprycnąć – to paka, słupek, szpangi – poznasz boga w sercu jak ci j… spuchną; ale teraz o d… nie myśl, egzecyrować [musztrować], uczyć się fechtować i strzelać celnie, jak pojedziesz na front, to tam będą „pufy” [burdele] pod kontrolą lekarską – to se będziesz mógł popie… na wylot; zrozumiano? – Pokrzepione serca żołnierskie i na duchu tym higienicznym starunkiem władz podniesione, wrzasnęły: tak jest, wedle rozkazu! – dosłownie: ja wohl, zum Befehl!18.

Szprycowanie, czyli odkażanie – nieprzyjemny zabieg, który polegał na wstrzyknięciu specjalnego roztworu do cewki moczowej – zapewne skutecznie zabijał wspomnienia przyjemnych chwil… Tego, kto jeszcze o tym nie czytał, odsyłam do wspomnień niemieckich żołnierzy z okresu drugiej wojny światowej19.

Przypisy

1. J. Bieniasz, Narodziny bestji. Lwów 1934, s. 195.

2. Ibid., s. 203.

3. Ibid., s. 215.

4. Ibid., s. 216–217.

5. S. Reychan, Pamiętnik dziwnego człowieka: ze Lwowa do Londynu. Kraków 1992, s. 119.

6. Ibid., s. 127.

7. Ibid., s. 130–131.

8. Ibid., s. 144–145.

9. Ibid., s. 152.

10. Ibid., s. 155.

11. Ibid., s. 162–163.

12. K. Krzeczunowicz, Historia jednego rodu i dwu emigracji. Londyn 1973, s. 351–352.

13. Ibid., s. 352.

14. Ibid.

15. Autorowi prawdopodobnie chodziło o wywiad.

16. Ibid., s. 352–353.

17. Ibid., s. 354.

18. E. Zegadłowicz, Motory. Kraków–Warszawa–Lwów 1937, s. 294–296.

19. Na przykład: Snajper na Froncie Wschodnim, Wspomnienia Seppa Allerbergera spisał Albrecht Wacker (przekład: Marek Skierkowski) Wrocław 2007, s. 109–111).