Pisanie recenzji książki to, uwierzcie mi, męczarnia. Bo jak w prostych zdaniach przelać na papier swoje wrażenia i odczucia? Jak w kilku tysiącach znaków zmieścić wszystkie swoje przemyślenia, tak aby czytelnik bezbłędnie je odczytał? I aby każde słowo niosło w sobie maksimum treści? Zadanie jest jeszcze trudniejsze, gdy po lekturze zupełnie nie masz pojęcia, co o niej powiedzieć. Jedną z takich książek, o których niełatwo się wypowiedzieć, są właśnie „Bitwy epoki napoleońskiej” Jonathana Sutherlanda.
Podobno zawsze najważniejsze jest pierwsze wrażenie. To ono kształtuje naszą późniejszą ocenę. W przypadku tej książki nie było ono, niestety, najlepsze. Niech was nie zwiodą piękne zdjęcia „Bitew...”, jakie znaleźć można w Internecie. Również cena (prawie czterdzieści złotych!) nie odzwierciedla tego, co ukazało się moim oczom. Patrząc na tytuł, większość pomyślałaby sobie pewnie, że musi to być ważąca dwie tony „biblia” dla miłośników epoki napoleońskiej. Nic bardziej mylnego. Do recenzji dostałem mającą niewiele ponad sto stron książkę, przypominającą formatem zeszyt A5. Na dodatek wydrukowaną na przeraźliwie śliskim papierze.
Lecz to nie szata zdobi człowieka i nie papier zdobi książkę. Dobra książka jest w stanie obronić się ciekawą treścią. Miałem cichą nadzieję, że „Bitwy...” będą interesującą lekturą, w sam raz na przerwy między wykładami. Niestety, zawiodłem się po raz kolejny.
Na stronie wydawnictwa AlmaPress możemy przeczytać: Książka zawiera opisy 81 najważniejszych batalii lądowych i morskich, do których doszło w latach 1794-1815. Zarysowano ich strategiczną perspektywę, zarówno z historycznego, jak militarnego punktu widzenia. Cudnie. Liczba opisów z pewnością zwala z nóg; szybko jednak wrócimy do poprzedniego stanu, gdy spojrzymy na liczbę stron – 112. Odliczmy od tego spis treści, tabelkę z datami bitew, krótki wstęp... i co nam zostanie? Troszkę ponad stronę na jedną bitwę. Biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że zdjęć i obrazów jest tu całkiem sporo (co oczywiście jest zaletą), treści pozostanie tu niezbyt wiele.
Pewnie niejeden z was się teraz oburzy, że po co komu kolosalne opisy małych potyczek, czy niewiele znaczących bitew. Oczywiście, przyznam wam rację. Ale półtorastronicowe opisy bitew pod Austerlitz, Iławą Pruską, Borodino czy Lipskiem wołają o pomstę do nieba.
Ale to nie koniec moich zarzutów. Być może nie powinienem się o to „czepiać”, gdyż, jak nazwa książki wskazuje, opisane są w niej bitwy, ale brak tu zupełnie jakichkolwiek wzmianek o tym, co się działo między jednym starciem a drugim. Kończy się bitwa – i zaczyna kolejna. To jedna z poważniejszych wad „Bitew epoki napoleońskiej”, które, wbrew temu, co jest napisane na stronie wydawnictwa, nie dają „wglądu w tę skomplikowaną i burzliwą epokę”.
Co można wrzucić do worka z napisem „zalety”? Nie za wiele. A na pewno nie aż tyle, by przeważyć wszystkie wady. Samymi bowiem zdjęciami z rekonstrukcji historycznych, jak i całkiem zgrabnie wykonanymi planami bitew (choć o mapie Europy z zaznaczonymi miejscami, gdzie się toczyły, ktoś widać zapomniał) nie da się naprawić negatywnego wrażenia.
Jak zatem podsumować „Bitwy...”? Na pewno nie jest to pozycja dla wszystkich. Jeśli szukasz czegoś, co wciągnie cię jak kryminał – to nie dla ciebie. Jeżeli pasjonują cię lata 1789-1815 – również odradzam, gdyż znajdziesz tu jedynie informacje o przebiegu bitew. Dla kogo jest więc ta książka? Chyba jedynie dla maniaków, którzy nie będą mogli zasnąć, jeśli nie dowiedzą się czegoś o bitwie pod Arroyo dos Molinos. Tyle że oni na pewno są w stanie opisać klęskę pod Waterloo bardziej szczegółowo, niż zrobił to Sutherland.
Aż do dwudziestego wieku tak naprawdę żadne wydarzenie nie było prawdziwie światowym. Pierwszym takim w dziejach ludzkości był moment wejścia w życie zawieszenia broni 11 listopada 1918 roku, dzień, w którym skończyła się pierwsza wojna światowa.
Niewątpliwie wielka batalia, która rozegrała się na polach grunwaldzkich dnia 15 lipca 1410 roku między Zakonem Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie a sprzymierzonymi siłami polsko-litewsko-rusko-tatarskimi, jest w naszej narodowej świadomości największym w dziejach narodu przykładem chwały oręża polskiego.