Pozycji traktujących o historii Armii Krajowej nie brakuje. Bogato udokumentowano Powstanie Warszawskie oraz losy co znaczniejszych oddziałów i brygad. Najważniejsi dowódcy polskiego podziemnego wojska doczekali się licznych biografii, a „szeregowi” żołnierze AK także nie stronili, przede wszystkim już po nastaniu sprzyjających warunków historyczno-politycznych, od spisywania swoich przeżyć. Również akcja „Burza” nie jest białą plamą w polskiej historiografii. Co może wydawać się dziwne, brakowało jednak autora, który podjąłby się przedstawienia losów „Burzy” na całym terenie Kresów Wschodnich – od Wileńszczyzny po Stanisławów i Karpaty.
Na takie zadanie porwał się młody historyk Damian Markowski (urodzony w 1986 roku), absolwent Instytutu Historycznego Uniwersytetu Warszawskiego. Zainteresowania badawcze Markowskiego koncentrują się właśnie na dziejach Kresów Wschodnich, Armii Krajowej, akcji „Burza” i powojennego podziemia antykomunistycznego, jest autorem licznych artykułów popularnonaukowych o tematyce wojskowej, opublikowanych w „Polsce Zbrojnej” oraz „Taktyce i Strategii”. Stale współpracuje ze Światowym Związkiem Żołnierzy AK.
Książkę wydała Oficyna Wydawnicza Rytm. Po zakupie otrzymamy do rąk przyzwoicie przygotowaną książkę w twardej foliowanej oprawie. Duża czcionka i kilkadziesiąt fotografii (w większości przedstawiających dowódców poszczególnych oddziałów Armii Krajowej) sprzyjają szybkiej lekturze. W załącznikach znajdziemy dość czytelne mapy, meldunki, rozkazy, instrukcje i depesze, które pozwalają zrozumieć „kuchnię” funkcjonowania systemu przekazywania informacji w wojsku powstańczym. Jedynym minusem jest tylko patetyczna do bólu okładka „Płonących Kresów”.
„Burza” w dużym skrócie polegała na tym, by „pomóc” Wehrmachtowi w wycofywaniu się z frontu wschodniego przed napierającą Armią Czerwoną, tak aby Sowieci, którzy nieuchronnie pojawią się na terenach przedwojennych wschodnich województw II Rzeczpospolitej, zastali polskie władze administracyjne i wojskowe jako formalnych przedstawicieli rządu emigracyjnego. Akcja trwała przez rok – od stycznia 1944 do stycznia 1945 roku – angażując kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy Armii Krajowej, a więc siły porównywalne z tymi, które wzięły udział w Powstaniu Warszawskim. Oddziałom biorącym udział w „Burzy” wiodło się różnie, ale wszystkie – mimo dobrego wyszkolenia i wielkiego zapału – musiały walczyć z oddziałami przeciwnika wielokrotnie silniejszymi liczebnie i pod względem wyposażenia (do ciekawych sytuacji dochodziło, gdy złapani w niewolę Polacy byli wypuszczani przez węgierskich sojuszników Hitlera, otrzymując na drogę trochę broni i amunicji). Spychani przez napierających Rosjan Niemcy bynajmniej nie wycofywali się w bezładzie. To wciąż, mimo podupadającego morale, była sprawna i niebezpieczna machina wojenna. Nie brakowało sukcesów – od zwycięskich drobnych potyczek po zdobycie Wilna i Lwowa. Te dwie ostatnie akcje nie byłyby możliwe bez współdziałania z czerwonoarmistami, jednak dalszy rozwój kontaktów z Sowietami niejednokrotnie kończył się dla żołnierzy AK tragicznie – najpierw rozbrajano, a potem często aresztowano (zwykle podstępnie) i wywożono w głąb Kraju Rad. Na Kresach, w porównaniu z resztą polskich ziem, operacja „Burza” miała dodatkowy wymiar. Akowcy musieli walczyć nie tylko z hitlerowcami, ale także z litewskimi kolaborantami generała Povilasa Plechaviciusa i sotniami Ukraińskiej Powstańczej Armii, broniąc polskie wsie przed pogromami z rąk oddziałów Bandery.
„Płonące Kresy” zostały napisane przystępnym językiem. W niektórych fragmentach autora ponoszą jednak emocje. Losy kresowych żołnierzy AK, owszem, były niejednokrotnie tragiczne i trudno przejść nad nimi do porządku, ale historyk powinien moim zdaniem pisać „na chłodno”. Nie lubię też, gdy jestem zarzucany masą liczb. Te wszystkie numery oddziałów, ich liczebność, numery rozkazów i wielkość wyposażenia po kilku stronach lektury zlały mi się w jedno. No cóż, taki jest warsztat badacza zajmującego się wojskowością… Szkoda, że autor bardzo rzadko korzysta ze wspomnień samych akowców. Mogłoby to nie tylko ubogacić książkę, ale i też ją ożywić, zdynamizować lekturę. Podsumowując, „Płonące Kresy” są zgrabnie napisaną syntezą tego wszystkiego, co wiemy na temat przebiegu akcji „Burza” na wschodnich terenach II RP. Kto przeczyta, nie pożałuje.
Zacznijmy od tego, że powieść ma bardzo niewiele wspólnego z filmem pod tym samym tytułem (na całe szczęście). Osią fabuły są tutaj starania o pokój na Bliskim Wschodzie oraz próby storpedowania tychże podejmowane przez ludzi, którzy albo pokoju w ogóle nie chcą, albo też chcą, ale pod warunkiem, że druga strona podpisze bezwarunkową kapitulację. Ktoś mógłby stwierdzić, że sposób proponowany przez Clancy’ego ustami Jacka Ryana jest nie tyle nieortodoksyjny, ile wręcz szalony, a przy tym wymaga niezmierzonych pokładów dobrej woli po obu stronach.
Kiedy myślimy o katastrofie morskiej, najczęściej przed oczami staje nam Titanic, który stał się swego rodzaju symbolem wszystkiego złego, co może czekać nas na morzu. Jednak zagadnienie katastrof morskich jest znacznie szersze, a pod względem ilości ofiar przypadek Titanica nie znajduje się nawet w czołowej trójce w historii tego typu zdarzeń.