W jaki sposób husarzom udawało się zręcznie manewrować kopią o długości aż sześciu metrów? Dlaczego uzbrojonym w broń palną oddziałom wroga nie udawało się zatrzymać szarżującej husarii? Po co husaria nosiła skrzydła? I wreszcie: dlaczego upadła formacja wojskowa, która przez bagatela dwieście lat nie miała sobie równych na polach bitew? Na te i masę innych pytań odpowiada książka Radosława Sikory „Z dziejów husarii”.
Sikora – doktor nauk historycznych, autor wielu książek i publikacji z zakresu historii nowożytnej oraz wojskowości – promuje wiedzę o husarii nie tylko poprzez słowo pisane, ale także jako aktywny działacz Fundacji Hussar, której jednym z celów jest przybliżanie dziejów tego wyjątkowego wojska w Polsce i Europie.
Książka ukazała się na rynku nakładem Instytutu Wydawniczego Erica w ramach obchodów 400. rocznicy świetnego zwycięstwa Polaków nad kilkukrotnie liczebniejszą armią rosyjsko-szwedzką pod Kłuszynem, zwycięstwa, którego nie byłoby właśnie bez skutecznych szarż husarii.
Rzut oka na pozycje bibliograficzne uświadamia, że autor bazuje przede wszystkim na źródłach z epoki, w tym na relacjach samych husarzy. Sikora do tematu podchodzi z zacięciem pasjonata, ale bynajmniej nie przesłania to zdrowego rozsądku i chłodnej naukowej analizy badacza. Nie ma tu niepotrzebnej egzaltacji, iż „husaria wielkim wojskiem była”. Książka nie jest monografią, raczej przedstawieniem podstawowych informacji w popularnonaukowej – a więc przystępnej – formie. Poznajemy między innymi ewolucję wyposażenia i technikę walki husarskich towarzyszy, choć moim zdaniem brakuje przedstawienia manewrów konnicy na polu bitwy. Autor dorzuca też garść ciekawostek i rozwiewa mity, które – nierzadko z winy samych historyków – narosły wokół legendarnej jazdy.
Wymieniając bitwy, podczas których główną rolę odegrała husaria, Sikora pisze między innymi o starciu pod Lubieszowem, gdzie 17 kwietnia 1577 roku wojska królewskie rozbiły oddziały buntujących się przeciwko Stefanowi Batoremu gdańszczan. W poszukiwaniu Lubieszowa spójrzmy na mapę Pomorza. I co? I nic – taka miejscowość nie istnieje. To znaczy jest, ale od dawna nazywa się Lubiszewo (a konkretnie Lubiszewo Tczewskie), a nie Lubieszów. Wielu historyków uparcie ją powtarza. Zrozumiałbym to, gdyby pole bitwy znajdowało się obecnie poza granicami kraju, na zasadzie – bitwa pod Kircholmem, a nie bitwa pod Salaspils, jak obecnie nazywa się to łotewskie miasto…
Wydawca wykonał masę dobrej roboty. W ręce Czytelników trafia więc pozycja z dużą liczbą zdjęć i ilustracji, w twardej oprawie i na dobrej jakości papierze. Zdecydowaną większość fotografii wykonano podczas cosierpniowej imprezy historycznej „Vivat Vasa!”, odbywającej się na pokrzyżackim zamku w Gniewie (woj. pomorskie). Pasjonat XVII-wiecznej wojskowości nie może jej nie znać. Grupy rekonstrukcyjne odtwarzają wówczas bitwę z 1626 roku, podczas której spotkały się armie dwóch królów z rodu Wazów – Zygmunta III i Gustawa II Adolfa. Licznie zgromadzona publika może podziwiać także egzercerunki chorągwi husarskich.
Lektura „Z dziejów husarii” raczej nie wniesie do wiedzy osób, które z historią tej formacji miały już kilkukrotnie do czynienia, wielu nowych wiadomości, ale dla tych, którzy dopiero rozpoczynają przygodę z husarią, to pozycja w sam raz. Książka Radosława Sikory liczy mniej niż sto stron, więc można ją przeczytać w jeden wieczór. I nie będzie to czas stracony.
Dzisiaj wszyscy wiemy, czym był komunizm, czy właściwie realny socjalizm, i jakim państwem był Związek Radziecki. Nie trzeba chyba nikomu przypominać wszystkich zbrodni i niegodziwości, jakich dopuściły się w imię światowej rewolucji przywódcy tego państwa. Jednak nie zawsze i nie wszędzie tak było. O ile my mieliśmy to nieszczęście, że z ZSRR mieliśmy bezpośrednią styczność, co na kilkadziesiąt lat zadecydowało o losach naszego państwa, o tyle na zachodzie, a szczególnie w Stanach Zjednoczonych, sytuacja była zupełnie inna. Zwłaszcza w okresie lat trzydziestych i czterdziestych, kiedy to socjalizm jawił się jako nowy, wspaniały ustrój, a ZSRR stał się jednym z głównych zwycięzców nad niemieckim nazizmem.
Ze względu na kontrowersje, jakie wzbudziła najnowsza książka Jana Grossa, i wynikłe wokół niej ożywione, często ostre dyskusje, zdecydowaliśmy się na publikację dwóch niezależnych recenzji "Złotych żniw". Autorzy pracowali samodzielnie, nie kontaktując się ze sobą ani w trakcie lektury, ani w trakcie tworzenia recenzji. Nie należy wobec tego uznawać jednej z recenzji za polemikę z drugą. Są to po prostu dwa niezależne od siebie punkty widzenia na tę samą sprawę, uznaliśmy bowiem, że uczciwość wobec naszych Czytelników wymaga takiego właśnie podejścia do tej książki.