Dla dziecka, które od pierwszych dni życia wychowuje się z rodzicami, może także z rodzeństwem, w normalnej, poprawnie funkcjonującej rodzinie, utrata któregokolwiek z najbliższych krewnych jest zawsze traumatycznym przeżyciem – od tej reguły chyba nie ma wyjątków. Ale niestety nikt nie pyta dziecka, czy chce tego doświadczyć. I tak wiadomo, co by odpowiedziało, a okoliczności, które do tego doprowadzają, jakie by nie były, nie zwykły pytać o zdanie. Gdy zaś tymi okolicznościami są działania wojenne, osierocone dzieci zaczynają pojawiać się masowo.
W przypadku polskich dzieci podczas II wojny światowej sytuacja była jeszcze o tyle bardziej nieprzyjemna, że wiele z nich straciło rodziców nie bezpośrednio w wyniku poczynań jednego czy drugiego najeźdźcy w ramach konfliktu zbrojnego, ale na zesłaniu w głąb Związku Sowieckiego. Liczba tych nieszczęsnych młodych ludzi szła w tysiące. W dalszej kolejności wiry historii zaniosły je do Indii, na Bliski Wschód i do Afryki, zwłaszcza zaś do „najbardziej polskiej wsi na Czarnym Lądzie”, to jest do Tengeru. Właśnie ona użyczyła nazwy tytułowi książki Lynne Taylor, trzeba jednak pamiętać, że owe polskie dzieci bynajmniej nie były tylko z Tengeru. Wręcz przeciwnie, zwiedziły taki kawał świata, o jakim nie śniło się wielu podróżnikom.
Wydana przez Rebis w tradycyjnym układzie i szacie graficznej pozycja na 302 stronach, w tym przypisy i bibliografia, opowiada poruszającą historię tych dzieci, ale w sposób – niestety – nieszczególnie poruszający. Dla Czytelnika przyzwyczajonego już nawet nie do Corneliusa Ryana, który wśród historyków jest przypadkiem szczególnym, ale do tak przyjaznych wobec odbiorcy autorów jak Antony Beevor czy Norman Davies, książka Taylor będzie chwilami (na szczęście nie cały czas) zbyt hermetyczna, zbyt naukowa. O ile więc Ryana czy Daviesa można poczytać dla przyjemności, o tyle Taylor – raczej tylko dla wiedzy.
Czy to źle? W żadnym wypadku, w moim odczuciu oba podejścia do pisania o historii są równie uprawnione, jednakże mają zupełnie inny – jak to się modnie powiada – target. Szkoda jednak, że „Polskie dzieci z Tengeru” nie są książką popularnonaukową. Opowiadają bowiem o mało znanym w Polsce zagadnieniu, a przecież bardzo ciekawym.
Recenzje kolejnych części danego cyklu są trudne do pisania. Ciężko bowiem wymyślić coś nowego, czego nie było w poprzednich recenzjach, tak by się nie powtarzać. A z drugiej strony pominięcie zbyt wielu rzeczy spowodowałoby skurczenie się recenzji do rozmiarów notatki prasowej, a też nie o to nam chodzi. Niestety od czasu do czasu trzeba spełnić i takie zadanie, bo oto mamy przed sobą trzecią i ostatnią część pracy „Ostatni sekret Wunderwaffe”, autorstwa Bartosza Rdułtowskiego wydaną przez Technol, którego właścicielem jest tenże Autor.
Gdyby kilkadziesiąt godzin temu ktoś zapytał mnie czy przeczytałbym z chęcią "Majorów" lub jakąkolwiek powieść, w której fikcja miesza się z prawdą w sposób trudny do odgadnięcia, bez zastanowienia odpowiedziałbym - nie.