3) Woda
W historii jest wielu wodzów, którzy mogą się poszczycić wielkimi zwycięstwami nad swymi nieprzyjaciółmi. Niewielu jednak dokonało sztuki znacznie trudniejszej – pokonania swych własnych wojsk bez buntu czy wojny domowej. Jednym z nich był Adolf Hitler, a jego „przeciwnikiem” stała się Kriegsmarine.
Niemiecka marynarka wojenna dość boleśnie odczuła zakończenie pierwszej wojny światowej. Po niezbyt imponującym udziale w działaniach wojennych, większość okrętów została zatopiona przez własne załogi w Scapa Flow 21 czerwca 1919 roku. Traktat Wersalski pozwolił nowym Niemcom na utrzymanie miniaturowej floty, na dobrą sprawę niezadowalającej żadnego z sygnatariuszy. Nic więc dziwnego, że członkowie marynarki bardzo pragnęli powrotu na pokłady okrętów wojennych.
Podstawą do odbudowy marynarki wojennej, wymagającej o wiele większego nakładu pracy i materiałów, stał się plan Z, przyjęty 27 stycznia 1939. Nowe okręty wodowano już wcześniej, jednak teraz postanowiono całość rozbudowy Kriegsmarine ująć w jedne, spójne ramy. Na mocy planu miały powstać między innymi cztery lotniskowce. Co ważniejsze, zakładano wybudowanie 249 okrętów podwodnych. Ta liczba miała wystarczyć do odcięcia Wielkiej Brytanii od dostaw surowców i żywności, zmuszając ją do kapitulacji. Gdyby plan wypełniono do końca, niemiecka marynarka wojenna stała by się godnym przeciwnikiem dla Royal Navy. Hitler jednak oszukał swych admirałów. Kriegsmarine, zgodnie z planem, miała osiągnąć szczyt formy dopiero na przełomie 1946 i 1947 roku. Wojna wybuchła 1 września 1939 roku.
Patrząc z punktu widzenia Dönitza, wielkiego orędownika broni podwodnej, był to, delikatnie rzecz ujmując, wysoce nieodpowiedni moment. Z wielkich stad okrętów podwodnych, jakie zgodnie z planem Z miały wyruszyć na szlaki żeglugowe, miał do dyspozycji 57 okrętów różnych typów i w różnym stanie technicznym. 10 przechodziło remonty lub też wykorzystywano do szkolenia. Z pozostałych tylko 22 miały wystarczający zasięg, by dotrzeć na Atlantyk. Trzeba przy tym pamiętać, że z tej liczby na patrolu przebywała tylko 1/3, reszta była w drodze do/z rejonu patrolowania lub przechodziła niezbędne naprawy i pobierała zaopatrzenie.
Pomimo przeszkód załogi okrętów podwodnych robiły wszystko, by zadać nieprzyjacielowi jak największe straty. Ich kolegom z jednostek nawodnych nie szło tak dobrze. Na nich niewykonanie planu Z zemściło się w największym stopniu. Część floty została zmasakrowana w Norwegii, a pozostałych ciężkich okrętów używano w charakterze rajderów, usiłujących przemknąć obok Home Fleet na trasy atlantyckich konwojów. Gorzkie słowa popłynęły również w kierunku Luftwaffe. Praktycznie przez całą wojnę niemieckie lotnictwo ukierunkowane było na wspieranie wojsk lądowych, zwalczanie jednostek pływających traktowano „po macoszemu”, a liczba maszyn zwiadu morskiego była zawsze żałośnie mała w stosunku do potrzeb.
Przez pierwsze kilka lat wojny niemieccy podwodniacy radzili sobie całkiem nieźle. To w tych latach bzanotowali dwa okresy obfitujące w zatopienia – Glückezeit. Pierwszy z nich przypadł na początek wojny, drugi na operację Paukenschlag (uderzenie werbla) – atak na żeglugę u wschodnich wybrzeży Stanów Zjednoczonych po ich przystąpieniu do wojny. Alianci, z początku dość niemrawi, szybko nauczyli się jednak reguł gry. Rok 1939 był świadkiem zatopienia 9 okrętów podwodnych. W 1940 alianci posłali na dno 24, a w 1941 – 35 U-Bootów. Zmiany w wyposażeniu i taktyce alianckich okrętów przyniosły skokowy wzrost strat w 1942 roku, zamykającym się liczbą 86 jednostek. Katastrofa nadeszła w roku 1943. W maju na dno poszło 41 okrętów podwodnych, alianci zaś stracili zaledwie 41 statków. Proporcja 1:1 w żadnym wypadku nie była do zaakceptowania. Dönitz ogłosił odwrót z północnego Atlantyku. Rok 1943 zamknął się liczbą 242 zniszczonych okrętów podwodnych.
Alianckie okręty, posiadające zdolność rzucania bomb głębinowych w każdym kierunku, tropiące przeciwnika na powierzchni i pod wodą, wspierane przez lotnictwo i działające w silnych grupach, były zbyt groźnym przeciwnikiem dla starych typów VII i IX. Nie pomagało wzmocnienie uzbrojenia przeciwlotniczego ani wprowadzenie chrap. Także torpedy akustyczne były mniej skuteczne, niżby sobie tego życzyli niemieccy podwodniacy. Rok 1944 zamknął się 250 zatopionymi okrętami podwodnymi. Nastała pora na morskie Wunderwaffe.
Od początku wojny wielkie nadzieje pokładano w nowatorskim napędzie profesora Waltera. Jego podstawą było nowe paliwo o nazwie Perhydrol, będące roztworem nadtlenku wodoru i wody. Prace rozpoczęto już przed wojną, jednak napęd cały czas trapiły różne usterki. Z jednej strony napęd Waltera mógł przynieść olbrzymie korzyści, umożliwiając U-Bootowi rozpędzenie się do 25 węzłów. Z drugiej strony zbiorniki nowego paliwa zajmowały dużo miejsca, poza tym Perhydrol był bardzo niebezpieczną substancją. Ostatecznie zdecydowano się na skonstruowanie kadłuba o przekroju „8”, gdzie górną część zajmowały wszystkie „tradycyjne” elementy i załoga, a dolną wypełniał zbiornik Perhydrolu. Po pewnym czasie okazało się jednak, że silnik Waltera wymaga znacznie więcej czasu na dopracowanie niż początkowo zakładano. W rezultacie żaden z okrętów z tym napędem (pomimo zaplanowania całej gamy jednostek, od przybrzeżnych do oceanicznych, a nawet rozpoczęcia budowy kilku z nich) nie wszedł do służby.
Prace nad nowym napędem nie okazały się jednak bezowocne. W ich rezultacie, jak już wspomniano, powstał projekt kadłuba o wielkiej pojemności. Niemieccy inżynierowie poszli więc po linii najmniejszego oporu – całą przestrzeń pozostałą po napędzie Waltera wypełnili akumulatorami. Nowy U-Boot sprawował się gorzej niż okręt napędzany Peryhydrolem, lecz lepiej od konwencjonalnych okrętów.