|
Konflikty Zbrojne » Artykuły » Militaria » Lotnictwo
Wunderwaffe - "cudowna" broń III Rzeszy. Część 2Pilot opuszczał maszynę z pomocą fotela wyrzucanego.
Pomimo trudności, jakie niósł ze sobą nietypowy układ, rozwijano wersje myśliwskie i niszczycielskie. Program początkowo miał być „planem B” dla raczkujących myśliwców odrzutowych, jednak po ich sukcesie tempo prac zmalało (pierwszy lot Do 335 – 26 października 1943 roku). Nadal jednak (aż do 1945 roku) liczono na stworzenie z Do 335 skutecznego niszczyciela. Łącznie powstało 35 maszyn jednomiejscowych (łącznie z 14 prototypami) i kilka dwuosobowych maszyn szkolnych. Samoloty przekazane wojsku zgrupowano w Erprobungskommando 335. Maszyny wykonywały loty w obecności wroga, alianccy piloci meldowali o spotykaniu samolotów podobnych do Do 335 (przezwanych przez załogi „Mrówkojad”), jednak nie doszło pomiędzy nimi do walk, a możliwości bojowe tej nietypowej maszyny nigdy nie zostały sprawdzone.
Nieodłącznym elementem każdej dyskusji o Wunderwaffe są niemieckie „latające talerze”. Określa je się na różne sposoby i umiejscawia w rozmaitych miejscach, niekiedy w Polsce. Niektóre strony usiłują udowodnić istnienie tych maszyn poprzez różne fotomontaże i ciekawe (dla ich autorów) historyjki. Po dziś dzień nie ma ani grama dowodu na istnienie „latających twierdz”. Z jednym maleńkim wyjątkiem...
Wszystko zaczęło się na początku 1944 roku w Brandis. Artur Sack postanowił urzeczywistnić tam marzenie swojego życia – zbudować maszynę latającą o skrzydle w kształcie koła. Nie miał do dyspozycji rozbudowanego zespołu badawczego, i musiał korzystać z części z „drugiej ręki”. Silnik pochodził z Bf 108, kokpit, siedzenie i podwozie z rozbitego Bf 109B, hamulce natomiast oryginalnie znajdowały się na podwoziu Ju 88. Nowatorskim rozwiązaniem było zastosowanie skrzydeł nadających całej maszynie, patrząc na nią z góry, elipsoidalnego kształtu, z dłuższą osią elipsy pokrywającą się z osią maszyny. 16 kwietnia udało się wznieść maszynę w powietrze na bardzo krótki czas (był to bardziej dłuższy skok niż lot), podczas którego cały samolot zaczął skręcać w lewo. Okazało się, że niewielkie skrzydła nie są w stanie kompensować momentu obrotowego silnika. Projekt wrócił na desko kreślarskie, a samolot powędrował do hangaru. Tam też mógłby dożyć przechwycenia go przez Aliantów, co zapewniłoby mu długi żywot w magazynie któregoś z muzeów, gdyby nie piloci z JG 400. Jako że latali na Me 163, ich poziom strachu przed lataniem na maszynach odbiegających od stereotypowego wyobrażenia o samolotach był znacząco niższy niż u przeciętnego pilota. W efekcie maszyna została poważnie uszkodzona podczas próby startu. Poobijany samolot zostawiono na lotnisku, gdzie na przełomie 1944/45 dosięgły go alianckie szturmowce. Większość kawałków pozbierali zmarznięci żołnierze, używając ich w charakterze opału. To co pozostało, stanowiło już tylko stos połamanych części, w większości pochodzących od różnych maszyn. To, jak i bezceremonialne zepchnięcie ich na lotniskowe złomowisko, skutecznie uniemożliwiło zachowanie jakiegokolwiek elementu AS-6. Stąd też po dziś dzień niewielu wie o tym niezwykłym samolocie.
Z „latającymi spodkami” związane są także opowieści o rozmaitych dziwnych obiektach latających, obecnych nad Niemcami pod koniec wojny. Szczerze mówiąc, nie ma w tym nic dziwnego, jako że Niemcy wysyłali w powietrze wszystko co mieli. Dodatkowy ruch powodowały rozmaite prototypy samolotów, niekiedy o dość nieortodoksyjnych kształtach. Swoje dołożyły rozmaite, nie do końca zbadane, zjawiska atmosferyczne. Wszystko to wywoływało u niektórych pilotów przekonanie, że „coś” tam jest. Rzeczywiście, Niemcy szykowali alianckim lotnikom dość nieprzyjemną niespodziankę – kierowane rakiety przeciwlotnicze.
Samo skonstruowanie rakiety na paliwo stałe nie jest zadaniem skomplikowanym, wystarczy odpowiedni korpus i zwykły proch strzelniczy. Problem pojawiają się w momencie zamiany silnika na napędzany paliwem płynnym. Dalsze komplikacje pojawiają się przy próbie montażu systemu kierowania, a zainstalowanie instrumentów pozwalających na samonaprowadzanie czy też precyzyjne sterowanie drogą radiową z ziemi podnosi stopień złożoności problemu do wprost astronomicznych wielkości. Jak to jednak niejednokrotnie w historii bywało, ilość problemów nie odstraszała dobrze zmotywowanych badaczy.
Potencjalnie masowe użycie pocisków przeciwlotniczych niosło ze sobą znaczne korzyści. W tego typu broni nie występowały problemy z pilotem (bo i takowego nie było) ani z zagadnieniem powrotu części urządzenia na ziemię. Ilość potrzebnej na wyrzutni infrastruktury była stosunkowo niewielka, a prawdopodobieństwo trafienia w cel duże. III Rzesza prowadziła kilka programów kierowanych pocisków rakietowych, były to: Enzian (Goryczka, sterowany drogą radiową, w pobliżu celu miał przejść na samonaprowadzanie na źródło ciepła), Wasserfall (Wodospad), Schmetterling (bMotyl) oraz Rheintochter (córa Renu), kierowane drogą radiową. Wszystkie mają jedną cechę wspólną: żadnej nie użyto bojowo. Przeprowadzono jednak kilkadziesiąt próbnych odpaleń różnych pocisków i być może część z nich zaobserwowali alianccy piloci.
Na udział w walkach zdążyła za to dwie inne konstrukcje, kierowane bomby lotnicze Hs 293 i Fritz-X. Obie stanowiły dość udane rozwiązanie problemu zwalczania żeglugi przez bombowce horyzontalne. Przez całą wojnę praktykowano kilka sposobów atakowania jednostek pływających – bombardowanie z dużej wysokości, atak nurkowy i torpedowy. Każdy z nich miał wady i zalety. Wysokość oznaczała bezpieczeństwo, ale i małą celność. Atak nurkowy pozwalał na dokładniejsze umiejscowienie ładunku, jednak oznaczał wejście w zabójczy ogień artylerii przeciwlotniczej.
Przypisy↑ 1. Anglicy wysyłali pilotów po wylataniu określonej liczby godzin w warunkach bojowych do szkół, by tam przekazywali narybkowi najświeższą wiedzę z zagadnień taktyki walki i zwalczania samolotów nieprzyjacielskich. Niemcy woleli swych asów trzymać w jednostkach liniowych. Skutkowało to utworzeniem grupy pilotów o ponad 100 zestrzeleniach, jednak gdy opuszczało ich szczęście, nie pozostawiali po sobie godnych następców, a ich bezcenna wiedza odchodziła wraz z nimi.
↑ 2. Pierwszy samolot o napędzie odrzutowym wzbił się w powietrze już w 1910 roku. Był to jego pierwszy i ostatni lot, jako że od płomienia wylotowego zapaliło się poszycie maszyny (silnik umieszczono na dziobie). Samo oznaczenie „V-1” pochodzi od słowa Versuchmuster, czyli „model eksperymentalny”.
↑ 3. Tę sytuację znakomicie ilustruje powiedzenie „lepsze wrogiem dobrego”. Niemcy niejednokrotnie przekładali wprowadzenie nowych, rewolucyjnych rozwiązań do czasu, aż będą jeszcze bardziej rewolucyjne i ostatecznie dopracowane. W rezultacie Luftwaffe latała na przestarzałym technologicznie sprzęcie, a w ręce alianckich zespołów badawczych trafiły dziesiątki prototypów, kilometry akt i rzecz jasna sprawne odrzutowce, niekiedy dostarczone prosto z fabryki w ostatnich dniach wojny. Tak samo działo się w wypadku marynarki i wojsk lądowych.
↑ 4. W wielu opracowaniach fakt ingerencji Hitlera w rozwój tego samolotu przedstawia się jako główny powód tak późnego wprowadzenia ich do służby. Jest to jednak twierdzenie dość dyskusyjne, biorąc pod uwagę problemy techniczne i manię tworzenia rozmaitych wersji bez najmniejszego wpływu „wodza”. W krótkim czasie planowano budowę szybkich bombowców (z kabiną bombardiera w nosie maszyny), myśliwca nocnego, niszczyciela bombowców z działem 50 mm i przerobienie części maszyn na elementy zestawu Mistel.
↑ 5. System testowano poprzez przeloty na bardzo niskiej wysokości pod płachtą zawieszoną pomiędzy dwoma słupami. Podczas podchodzenia do przelotu (Me 163 był bardzo przechylony na bok) cień rzucany przez wzniesione skrzydło spowodował odpalenie. Pilot, na wpół oślepiony jednoczesnym odpalaniem dziesięciu wyrzutni (SG 500 nie posiadał wtedy mechanizmu odpalającego wyrzutnie po kolei) zdołał wylądować awaryjnie.
↑ 6. Wbrew pozorom, nie był to najbardziej kontrowersyjny pomysł w dziedzinie zapewnienia maszynom większego zasięgu. Ten tytuł moim zdaniem należy się idei podwieszania pod Bf 110 zbiornika o pojemności 1200 litrów. Przylegał on ściśle do kadłuba, a ze względu na obły kształt piloci nazywali go „brzuch jamnika” ( Dackelbauch). Załogi błyskawicznie znienawidziły te urządzenia, jako że nie dało ich się czasem odrzucić, a po trafieniu pięknie eksplodowały, rozrywając samolot na strzępy.
↑ 7. Faktem, który lepiej niż jakikolwiek inny obala mit o latających spodkach jako takich, jest to, że podczas pierwszego „spotkania” w USA pilot Kenneth Arnold widział nie spodki, a półksiężyce. Mogły być to więc maszyny bezogonowe, a takie konstrukcje już w owym czasie latały (choćby konstrukcje braci Horten, Me 163 również łatwo wziąć za latające skrzydło). Mógł więc widzieć grupę testowanych maszyn. To media przez nieporozumienie rozpętały wizję latających spodków z kosmitami odwiedzającymi Ziemię. Pomimo protestów pilota, pomyłki nigdy nie sprostowano.
↑ 8. Konstrukcje te są na tyle dobrze opisane w istniejącej literaturze, że pozwoliłem sobie zwolnić się z obowiązku szczegółowego opisania ich tutaj. Tak samo postanowiłem postąpić z V-1 i V-2.
↑ 9. Do dziś nie wiadomo, ile maszyn przystosowano do walki z czołgami, ile było eskadr, i jak olbrzymie były ich straty. Jedna załoga wraz z maszyną uciekła 18 kwietnia do Szwajcarii, dzięki czemu Zachód mógł z bliska obejrzeć najnowszą Wunderwaffe Hitlera.
Liczba wyświetleń: 5020 · Zmodyfikowano: 21.09.2009 · Data dodania: 21.09.2009 |
|
|
|
|