mapa Sponsorem serwisu jest firma Active 24
   
Strona głównaHistoriaMilitariaRecenzjeWydarzeniaGaleriaWideoTapetyTestySerwisLinkiForumRSS
Konflikty Zbrojne » Artykuły » Militaria » Lotnictwo

Wunderwaffe - "cudowna" broń III Rzeszy. Część 2

Powietrze

Pierwsza wojna światowa udzieliła wielu pożytecznych lekcji oficerom niemieckich sił zbrojnych. Jedną z nich była konieczność uzyskania panowania w powietrzu, niezbędnego do ukrycia ruchów sił własnych, ochrony ich przed atakami z góry, jak i bombardowania nieprzyjacielskich linii i składów zaopatrzeniowych.

III Rzesza, odtwarzając niemieckie siły zbrojne, poważnie podeszła do zagadnienia budowy silnego lotnictwa. Początki były dość skromne. Zarodek nowych sił powietrznych powstał w ZSRR na poligonie w Lipiecku, gdzie szkolono nowych pilotów i testowano nowe rozwiązania. Starzy piloci, latający jeszcze podczas Wielkiej Wojny, nie zawsze radzili sobie z nowymi samolotami, więc na poligon trafiali również młodzi i niedoświadczeni żołnierze przyszłej Luftwaffe. Tajny program szkoleniowy trwał aż do 15 września 1933 roku. 26 lutego 1935 roku powołano do życia niemieckie siły powietrzne.

Prawdziwym testem nowej broni była wojna domowa w Hiszpanii, gdzie wysłano Legion Kondor, by wsparł wojska generała Francisca Franco. Początkowo miał na wyposażeniu myśliwce He 51 i odgrywające rolę maszyn bombowych Ju 52, lecz niebawem do Hiszpanii wysłano prototypy myśliwców Bf 109 oraz bombowców He 111 i Do 17. W ten sposób w Hiszpanii sprawdzono nie tylko ludzi i struktury, ale też najnowszy sprzęt. Wiedza zdobyta w walce szybko okazała się bezcenna.

Jak wiadomo, atak na Polskę miał rozpocząć się 1 września 1939 roku o 4.45, ale Luftwaffe uczyniła to o 4.34, bombardując pozycje polskich saperów pod Tczewem. Od tej chwili, przez długie pięć lat, niemieccy lotnicy z różnym skutkiem zmagali się z pilotami koalicji. O ile przez pewien czas mogli korzystać przewagi w dziedzinie taktyki walki powietrznej i techniki lotniczej, to gdy alianci zdecydowali się na wprowadzenie nowych samolotów myśliwskich i dokonali niewielkich zmian w ich zastosowaniu, Luftwaffe zaczęła zbierać cięgi. Przystąpienie USA do wojny znacząco pogorszyło sprawę, za sprawą wprowadzenia do akcji setek maszyn i pilotów. Sytuację niemieckiego lotnictwa pogarszał też fakt ciągłego wykorzystywania doświadczonych pilotów bez kierowania ich na przymusowy odpoczynek[1].

Prawdziwy kryzys dla Luftwaffe nadszedł wraz z 1944 rokiem, kiedy to alianci zachodni rozpoczęli kampanię bombardowań ważniejszych obiektów w Rzeszy. O ile nowe modele Bf 109 i Fw 190 technicznie były zdolne do stawienia czoła P-47, Jakom-9 czy P-51, to było ich zawsze za mało, a ich pilotom często brakowało doświadczenia. Te gwałtownie pogarszające się warunki dały początek tworzeniu lotniczych Wunderwaffe.

27 sierpnia 1939 w powietrze wzbił się He 178V-1, pierwszy niemiecki samolot o napędzie turboodrzutowym[2]. Sam silnik nadal wymagał wielu udoskonaleń, jednak była to bardzo obiecująca technologia. Co ciekawe, RLM aż do marca 1940 roku nie było zainteresowane wspieraniem rozwoju maszyn z nowymi silnikami. Jak już zostało powiedziane przy omawianiu broni pancernej, Niemcy w obliczy „rychłego” zwycięstwa podchodzili dość niechętnie do rozwijania nowych technologii. Mimo to Heinkel na własną rękę kontynuował prace. 2 kwietnia 1941 roku pojawił się na niebie He-280V-1, pierwszy prototyp myśliwca odrzutowego. Tym samym Niemcy stanęły przed szansą wprowadzenia do służby liniowej myśliwca przechwytującego o prędkości 800 km/h, uzbrojonego w trzy (w planach sześć) działka 20 mm (prototyp V-6) na przełomie 1942/43 roku. Podczas testów prototyp zdołał pokonać w walce powietrznej Fw 190A, najnowocześniejszy wówczas myśliwiec Luftwaffe. Przymierzano się już do rozpoczęcia seryjnej produkcji He 280B-1 w tempie około 300 sztuk miesięcznie, jednak w tym momencie na scenę wkroczył odwieczny rywal Ernsta Heinkla, Willy Messerschmitt ze swoim Me 262. Była to konstrukcja na tyle obiecująca, że cały projekt produkcji He 280 odłożono ad acta i skoncentrowano się na Me 262[3]. Konstrukcja Heinkla zdążyła się jednak zapisać w historii lotnictwa innym ważnym wydarzeniem. 13 stycznia 1942 roku pilot He 280V-1 zmuszony był do opuszczenia maszyny z powodu oblodzenia i utraty sterowności. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że użył w tym celu fotela wyrzucanego. Było to pierwsze w historii katapultowanie się z pokładu samolotu.

Jak zostało powiedziane, decyzją niemieckich prominentów pierwszym myśliwcem odrzutowym niemieckich sił zbrojnych miał zostać Me 262 Schwalbe (Jaskółka). Co ciekawe, w przeciwieństwie do odrzuconej maszyny Heinkla, Me 262V-1 przez pewien czas, począwszy od pierwszego lotu 30 marca 1942 roku, latał z silnikiem tłokowym zamontowanym w nosie maszyny, uzupełniającym dwa silniki turboodrzutowe pod skrzydłami. Pierwszym „czysto” odrzutowym prototypem był V-3 (V-2 również miał pomocniczy silnik tłokowy), oblatany 18 lipca 1942 roku. Po okresie „dziecięcym”, podczas którego zmagano się z usterkami silników i poprawianiem płatowca, przyjęto pierwsze założenia produkcyjne. Pierwsze maszyny serii przedprodukcyjnej miały trafić do lotnictwa w styczniu 1944 roku, a w połowie maja osiągnięto by docelowy pułap produkcji, czyli 100 sztuk miesięcznie. Te optymistyczne założenia pokrzyżowały jednak problemy z silnikami, które nadal wykazywały oznaki niedopracowania, a ponadto coraz bardziej odczuwano brak tak zwanych „metali strategicznych”, jak wolfram, niezbędnych w produkcji. Wpływ na opóźnienia miał też Hitler, który nalegał na wprowadzenie Me 262 do służby wyłącznie w roli szybkiego bombowca[4].

Karierę bojową Me 262 zaczął w kwietniu 1944 roku, kiedy to do akcji wkroczyło Erpropungskommando 262. Akcje bojowe rozpoczęto jednak dopiero w lipcu. Rychło też wyszły na jaw niedomagania nowych maszyn, związane z pożarami silnika i łamaniem podwozia.


1  2  3  4  5  6  7  

Przypisy

1. Anglicy wysyłali pilotów po wylataniu określonej liczby godzin w warunkach bojowych do szkół, by tam przekazywali narybkowi najświeższą wiedzę z zagadnień taktyki walki i zwalczania samolotów nieprzyjacielskich. Niemcy woleli swych asów trzymać w jednostkach liniowych. Skutkowało to utworzeniem grupy pilotów o ponad 100 zestrzeleniach, jednak gdy opuszczało ich szczęście, nie pozostawiali po sobie godnych następców, a ich bezcenna wiedza odchodziła wraz z nimi.
2. Pierwszy samolot o napędzie odrzutowym wzbił się w powietrze już w 1910 roku. Był to jego pierwszy i ostatni lot, jako że od płomienia wylotowego zapaliło się poszycie maszyny (silnik umieszczono na dziobie). Samo oznaczenie „V-1” pochodzi od słowa Versuchmuster, czyli „model eksperymentalny”.
3. Tę sytuację znakomicie ilustruje powiedzenie „lepsze wrogiem dobrego”. Niemcy niejednokrotnie przekładali wprowadzenie nowych, rewolucyjnych rozwiązań do czasu, aż będą jeszcze bardziej rewolucyjne i ostatecznie dopracowane. W rezultacie Luftwaffe latała na przestarzałym technologicznie sprzęcie, a w ręce alianckich zespołów badawczych trafiły dziesiątki prototypów, kilometry akt i rzecz jasna sprawne odrzutowce, niekiedy dostarczone prosto z fabryki w ostatnich dniach wojny. Tak samo działo się w wypadku marynarki i wojsk lądowych.
4. W wielu opracowaniach fakt ingerencji Hitlera w rozwój tego samolotu przedstawia się jako główny powód tak późnego wprowadzenia ich do służby. Jest to jednak twierdzenie dość dyskusyjne, biorąc pod uwagę problemy techniczne i manię tworzenia rozmaitych wersji bez najmniejszego wpływu „wodza”. W krótkim czasie planowano budowę szybkich bombowców (z kabiną bombardiera w nosie maszyny), myśliwca nocnego, niszczyciela bombowców z działem 50 mm i przerobienie części maszyn na elementy zestawu Mistel.
5. System testowano poprzez przeloty na bardzo niskiej wysokości pod płachtą zawieszoną pomiędzy dwoma słupami. Podczas podchodzenia do przelotu (Me 163 był bardzo przechylony na bok) cień rzucany przez wzniesione skrzydło spowodował odpalenie. Pilot, na wpół oślepiony jednoczesnym odpalaniem dziesięciu wyrzutni (SG 500 nie posiadał wtedy mechanizmu odpalającego wyrzutnie po kolei) zdołał wylądować awaryjnie.
6. Wbrew pozorom, nie był to najbardziej kontrowersyjny pomysł w dziedzinie zapewnienia maszynom większego zasięgu. Ten tytuł moim zdaniem należy się idei podwieszania pod Bf 110 zbiornika o pojemności 1200 litrów. Przylegał on ściśle do kadłuba, a ze względu na obły kształt piloci nazywali go „brzuch jamnika” (Dackelbauch). Załogi błyskawicznie znienawidziły te urządzenia, jako że nie dało ich się czasem odrzucić, a po trafieniu pięknie eksplodowały, rozrywając samolot na strzępy.
7. Faktem, który lepiej niż jakikolwiek inny obala mit o latających spodkach jako takich, jest to, że podczas pierwszego „spotkania” w USA pilot Kenneth Arnold widział nie spodki, a półksiężyce. Mogły być to więc maszyny bezogonowe, a takie konstrukcje już w owym czasie latały (choćby konstrukcje braci Horten, Me 163 również łatwo wziąć za latające skrzydło). Mógł więc widzieć grupę testowanych maszyn. To media przez nieporozumienie rozpętały wizję latających spodków z kosmitami odwiedzającymi Ziemię. Pomimo protestów pilota, pomyłki nigdy nie sprostowano.
8. Konstrukcje te są na tyle dobrze opisane w istniejącej literaturze, że pozwoliłem sobie zwolnić się z obowiązku szczegółowego opisania ich tutaj. Tak samo postanowiłem postąpić z V-1 i V-2.
9. Do dziś nie wiadomo, ile maszyn przystosowano do walki z czołgami, ile było eskadr, i jak olbrzymie były ich straty. Jedna załoga wraz z maszyną uciekła 18 kwietnia do Szwajcarii, dzięki czemu Zachód mógł z bliska obejrzeć najnowszą Wunderwaffe Hitlera.


Liczba wyświetleń: 4943 · Zmodyfikowano: 21.09.2009 · Data dodania: 21.09.2009
Udostępnij
AutorAutor
Redakcja  
Sponsor serwera


Patronat medialny

Czarny Horyzont
Konflikty.pl on Facebook
Na forum 5 komentarzy | Dodaj swój komentarz
Meczyk (środa, 14.10.2009)
A "uzupełniaj" do woli <b>;)
Grzesio (środa, 14.10.2009)
To może jeszcze dokompletuję. <b>;) A propos SG 500:
:gkzxhx6q W nasadach skrzydeł umiejscowiono dziesięć pionowo skierowanych wyrzutni (po pięć po każdej stronie).
:gkzxhx6q Wydaje mi się, że nie w nasadach, ale mniej więcej w połowie rozpiętości skrzydeł - ze względu na zminimalizowanie oddziaływania podmuchu przy wystrzale na kadłub. Niestety, o ile wiem, nie są znane żadne oryginalne przekazy ikonograficzne ukazujące instalację SG 500 na Komecie, są za to chyba (o ile skleroza mnie itd.) informacje o odsuwaniu wyrzutni od kadłuba.
:gkzxhx6q 10 kwietnia 1945 udało się zestrzelić tą metodą jeden czterosilnikowy bombowiec nie ustalonego typu (prawdopodobnie Halifax).
:gkzxhx6q Kanadyjski w każdym razie, czy Halifax to z pamięci nie powiem. <b>:/ Został tylko uszkodzony. Stracił wieżyczkę ogonową wraz ze strzelcem i kawałek usterzenia, kilku członków załogi zostało rannych, ale powrócił do bazy.
:gkzxhx6q System testowano poprzez przeloty na bardzo niskiej wysokości pod płachtą zawieszoną pomiędzy dwoma słupami. Podczas podchodzenia do przelotu (Me 163 był bardzo przechylony na bok) cień rzucany przez wzniesione skrzydło spowodował odpalenie. Pilot, na wpół oślepiony jednoczesnym odpalaniem dziesięciu wyrzutni (SG 500 nie posiadał wtedy mechanizmu odpalającego wyrzutnie po kolei) zdołał wylądować awaryjnie.
:gkzxhx6q Ja znam wersję, że cień pochodził od obłoku, ale mniejsza z tem. Interwalometr był jednak zainstalowany, ale omyłkowo nie został włączony przed lotem. Paradoksalnie przedwczesne odpalenie SG 500, jeszcze w trakcie podejścia do celu, uratowało pilotowi życie (czy aby w ogóle nie zerwało osłony kabiny, a nie jeno "oślepiło"?) - gdyby bowiem do wystrzału doszło planowo, pod "tarczą", to Me 163 znalazłby się w chwili wystrzału tak nisko, że pilot nie zdołałby opanować samolotu. Pzdr Grzesiu
Meczyk (środa, 14.10.2009)
No, i teraz artykuł jest kompletny <b>:D
Zobacz też
Taktyczny bezzałogowy aparat latający RQ5A Hunter
Taktyczny bezzałogowy aparat latający RQ-5A Hunter
Łukasz Golowanow
W 1989 US Army, US Navy i Marines rozpoczęli program budowy wspólnego bezpilotowego aparatu latającego. Firmy TRW (obecnie należąca do konsorcjum Northrop Grumman) i Israeli Aircraft Industry wygrały przetarg na dostarczenie pierwszych siedmiu aparatów Hunter w 1993.


Bombowiec SB2Bombowiec SB-2
Maciej Hypś
Płatowiec SB-2 opierał się na wręgach, czterech dźwigarach i podłużnicach stanowiących bazę, do której osobno przymontowane były skrzydła, dziób i część ogonowa. Samolot wykonany był z duraluminium i miał układ średniopłata.


kontakt | statystyki
Serwis wspiera blog serial Pacyfik. Hosting oraz wydajne serwery zapewnia Active24.pl. Transport i przeprowadzki realizuje firma Przeprowadzki Łódź, lider w dziedzinie transportu